Dlaczego nie umiemy mówić o pieniądzach? O jawności, władzy i kulturze pracy.


Rozmowa o pieniądzach w Polsce wciąż bywa tematem tabu. Tymczasem – jak pokazuje kampania #ZnamyStawki – jawność wynagrodzeń to, obok ekonomii, także kwestia praw obywatelskich, relacji władzy i społecznej sprawczości. O tym, dlaczego transparentność jest warunkiem realnej zmiany, rozmawiamy z Aliną Czyżewską, ambasadorką kampanii #ZnamyStawki, edukatorką, aktywistką, aktorką.


OLA: Alino, jesteś aktorką, aktywistką i edukatorką. Zastanawiam się, jak te role przenikają się w Twojej działalności – zwłaszcza tam, gdzie spotykają się edukacja i pomoc innym. Czy czujesz się przede wszystkim artystką, czy może dziś któraś z tych tożsamości wybrzmiewa w Twoim życiu mocniej?


ALINA: Wyrosłam z teatru alternatywnego, offowego – takiego, w którym chodziło o coś więcej niż samo bycie na scenie i funkcjonowanie w świetle reflektorów. Istotna była wspólnota, wpływ na rzeczywistość, poczucie sprawczości i realnej zmiany. Z tego środowiska trafiłam później do teatru zawodowego. I wtedy okazało się, że teatr, wbrew moim młodzieńczym wyobrażeniom, nie zmienia świata. Może to zabrzmi idealistycznie, ale jako nastolatka myślałam o teatrze właśnie w tych kategoriach, a nie w kontekście bycia gwiazdą. Naturalną konsekwencją tego rozczarowania było dla mnie wejście w działalność obywatelską. Zresztą, pewien rodzaj wrażliwości społecznej miałam w sobie od zawsze – już w szkole reagowałam na niesprawiedliwość, stawałam w obronie innych. To poczucie odpowiedzialności za wspólnotę po prostu z czasem przybrało bardziej świadomą formę. Momentem przełomowym było dla mnie zajęcie się teatrami w ramach działalności strażniczej. Wtedy zrozumiałam, że mój związek z teatrem jako aktorki właściwie się kończy.


Dlatego odpowiadając wprost: nie jestem już aktorką. I świadomie mówię o sobie jako o byłej aktorce. Co ciekawe, kiedyś ktoś próbował użyć tego określenia wobec mnie w sposób deprecjonujący, a ja je po prostu przyjęłam i uznałam za własne. Jestem z tego dumna. Dziś robię rzeczy, które w moim przekonaniu pozwalają faktycznie wpływać na rzeczywistość i wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego. I nie chodzi mi o pomoc rozumianą jako jednorazowe gesty czy akcje charytatywne. Problem polega na tym, że takie myślenie często zastępuje prawdziwe mechanizmy państwa i wypacza ideę demokracji. Funkcjonowanie dojrzałego kraju nie powinno polegać na tym, że zbieramy środki na leczenie czy podstawowe potrzeby, które powinny być zabezpieczone systemowo. To raczej model wywodzący się z lat dziewięćdziesiątych, kiedy państwo rzeczywiście było w procesie trudnych przemian. Dziś żyjemy w zupełnie innych warunkach, a mimo to wciąż często sprowadzamy demokrację do udziału w wyborach co kilka lat. Tymczasem demokracja to coś znacznie więcej – to stały udział obywateli w funkcjonowaniu państwa. Nie tylko poprzez wybór polityków, ale także ich kontrolę i rzeczywisty wpływ na decyzje ważne dla społeczeństwa, a nie interesów lobbystycznych czy prywatnych.


OLA: Tak, zgadzam się z tym. W pewnym sensie państwo „zrzutkowe” żeruje na naturalnej potrzebie ludzi do zrzeszania się wokół ważnych spraw. Daje im poczucie sprawczości, ale jednocześnie bardzo często nie prowadzi to do żadnych konkretnych zmian systemowych – ani społecznych, ani prawnych.


ALINA: Niestety, duży udział w tym mechanizmie mają także największe organizacje. I myślę, że to już najwyższy czas, żeby Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przestała wyręczać władze państwa. Przy tak ogromnym kapitale społecznym i wpływie fundacja Jerzego Owsiaka mogłaby zrobić dla zdrowego funkcjonowania państwa znacznie więcej niż zbieranie środków na zadania, które powinny być realizowane systemowo. Moim zdaniem ten model zrzutkowy bardziej dziś szkodzi: uczymy się i traktujemy jako stan normalny, że państwo może nie zaspokajać podstawowych praw i potrzeb obywatelek i obywateli, że może wydawać nasze wspólne pieniądze na apanaże, wille, loty, jachty, a na rzeczy podstawowe mamy zrzucać się sami, a władza będzie się przy tym ogrzewała. Poza tym, to, co dziś często przedstawiane jest jako wspólnota, w dużej mierze ma charakter okazjonalny, wydarza się raz w roku, przy ogromnym zaangażowaniu środków publicznych: miast, gmin, instytucji, służb. Tymczasem tę energię można by przekształcić w budowanie świadomości obywatelskiej i trwałego zaangażowania społecznego. I chcę to wyraźnie podkreślić – to nie jest atak na konkretną organizację. W państwie prawa system powinien być „ślepy” na to, kto jest beneficjentem. Dla prawa nie ma znaczenia, czy mówimy o fundacji Owsiaka, środowisku związanym z Rydzykiem czy organizacjach takich jak Ordo Iuris. To są podmioty, które podlegają tym samym zasadom.


Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo działa w sposób uznaniowy – kiedy zmiana władzy oznacza po prostu zmianę „ulubionych” organizacji. Raz środki publiczne trafiają do jednych, potem do drugich, w zależności od politycznej sympatii. To jest mechanizm patologiczny. Nie chodzi o to, komu pomagamy, tylko o to, że w ogóle pozwalamy władzy na taki arbitralny wybór, i klaszczemy, kiedy daje “naszym”. Po to istnieje system prawny – żeby jasno określał zasady współpracy między państwem a organizacjami pozarządowymi. Żaden organ władzy publicznej nie powinien mieć możliwości wybierania „pupilka”, bo to zawsze otwiera drogę do nadużyć przy kolejnej zmianie rządów. W przeciwnym razie łatwo popaść w hipokryzję – popierać finansowanie „swoich”, a protestować, gdy wspierani są „inni”. A ja bardzo chciałabym, żebyśmy z tego wyszli. Żebyśmy przestali być fanami czy wyznawcami partii, a zaczęli być świadomymi obywatelkami i obywatelami. Do tego jednak wciąż jeszcze daleka droga.


OLA: To prawda. Zwłaszcza w kontekście Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy widać wyraźnie, jak silna jest w ludziach potrzeba zmiany – potrzeba zrzeszania się i poczucia prawdziwego wpływu społecznego. I właśnie dlatego warto tę energię dobrze ukierunkować, pokazać, że zmiana może dokonywać się także w inny, bardziej systemowy sposób. A czy był w Twoim życiu moment przełomowy w tym społecznym wymiarze? Kiedy ta działalność zaczęła odgrywać tak istotną rolę – czy wiąże się to z jakimś konkretnym wydarzeniem, czy raczej było efektem stopniowo nakładających się doświadczeń?


ALINA: To bardzo osobista historia, bo wiąże się z chorobą mojej mamy. Kiedy zachorowała na raka, wróciłam po szesnastu latach do rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego, żeby się nią opiekować. I wtedy, żyjąc tam na co dzień, zobaczyłam to miasto zupełnie inaczej – jako przestrzeń zaniedbaną, w której mieszkańcy funkcjonują w warunkach, które nie powinny mieć miejsca w mieście wojewódzkim: zniszczona infrastruktura, brak oświetlenia, poczucie degradacji. Ponieważ w tamtym czasie nie zajmowałam się działalnością artystyczną, naturalnie skierowałam swoją energię w stronę działań społecznych. Wraz z przyjaciółką z liceum i innymi osobami zaangażowałam się w ruch miejski. To był moment, w którym zaczęłam rozumieć, czym w praktyce jest samorząd. Wcześniej miałam wyobrażenie, że rada miasta to grono kompetentnych osób zarządzających lokalną wspólnotą.


Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej złożona – i często rozczarowująca. Spotykałam radnych, którzy nie znali podstawowych zasad funkcjonowania samorządu ani przepisów, na których opiera się ich działalność. Jednym z najbardziej symptomatycznych przykładów była dla mnie postawa radnej, która traktowała swoją funkcję jako „załatwianie spraw” poszczególnych mieszkańców, którzy przyszli do niej z indywidualną prośbą – na przykład poprzez ingerowanie w proces rekrutacji do przedszkoli czy szkół. Tymczasem rola radnego polega na czymś zupełnie innym: na tworzeniu takich warunków systemowych, aby każdy miał dostęp do usług publicznych. Nie chodzi o to, by pomóc jednej osobie kosztem drugiej, ale by zadbać o rozwiązania obejmujące wszystkich. To doświadczenie uświadomiło mi też, jak często brakuje zrozumienia podstawowych mechanizmów władzy lokalnej – choćby tego, że to rada miasta uchwala budżet i faktycznie decyduje o podziale środków. Pamiętam sytuację z sesji rady miasta, kiedy radni spierali się o swoje uprawnienia kontrolne wobec prezydenta – bez odwołania do jakiejkolwiek podstawy prawnej. Przypominało to raczej przepychankę w piaskownicy niż merytoryczną debatę. Wtedy po prostu wpisałam zapytanie do googla, trafiłam na ustawę o samorządzie gminnym, znalazłam odpowiedni artykuł i zabrałam głos, powołując się na konkretne przepisy. W pięć minut zdobyłam wiedzę większą niż radni od kilku kadencji Wówczas pierwszy raz przekonałam się, że oddajemy władzę w ręce ludzi prawdziwie niekompetentnych.


OLA: Także miałam okazję przyglądać się tym działaniom od środka – funkcjonowaniu rady miasta i samych sesji. Widać tam wyraźnie, jak często mechanizmy kontrolne i decyzyjne są postawione na głowie, czasem po to, by ukryć brak kompetencji, a czasem – inne intencje stojące za podejmowanymi decyzjami. Zarazem, stoisz na stanowisku, że oddolna działalność społeczności lokalnych może mieć siłę sprawczą – również w kontekście działań takich jak kampania #ZnamyStawki, która próbuje budować świadomość społeczną dotyczącą jawności wynagrodzeń. Co Twoim zdaniem decyduje o jego skuteczności? Czy takie działania wymagają określonej organizacji i warunków, czy może wystarczy impuls od jednej osoby, która potrafi zgromadzić wokół siebie innych?


ALINA: Nie idealizowałabym aż tak bardzo siły społeczności lokalnych. To pojęcie jest dziś często nadużywane i infantylizowane – sprowadzane do organizowania festynów czy pikników. W takim ujęciu „społeczność lokalna” ma raczej tańczyć i śpiewać, uprzyjemniać codzienność i tworzyć dobre tło dla władz samorządowych. Przez lata ogromne środki – także w mniejszych miejscowościach – trafiały do inicjatyw, które w praktyce służyły właśnie temu: budowaniu pozornej aktywności, a nie prawdziwej sprawczości obywatelskiej. Brakuje przy tym rozliczania efektów, mierzenia rzeczywistych zmian społecznych. Zamiast tego mamy często działania, które nazywa się „aktywizacją mieszkańców”, choć w istocie nie uczą one wpływania na rzeczywistość, tylko raczej budowania z władzą dobrych relacji i wiecznego proszenia. Problem dotyczy również samego sektora organizacji pozarządowych. To może być niepopularna opinia, ale uważam, że środowisko powinno zdobyć się na większą autorefleksję. Mamy do czynienia z sytuacjami, w których organizacje deklarujące przejrzystość i działania strażnicze same mają problem z ich stosowaniem wobec siebie.


Przykładem była sprawa dotycząca dostępu do informacji o wydatkowaniu środków z funduszy norweskich. Pokazała ona wyraźnie, że zasady przejrzystości powinny obowiązywać wszystkich – niezależnie od tego, kto stoi po której stronie sporu. To z kolei otwiera szerszą dyskusję o standardach jawności i odpowiedzialności w całym sektorze. Bez takiego „spojrzenia w lustro” łatwo popaść w hipokryzję – wymagać przejrzystości od innych, a unikać jej we własnym środowisku. A to bardzo niebezpieczne, bo w dłuższej perspektywie podważa wiarygodność organizacji obywatelskich i osłabia zaufanie społeczne. Dlatego zamiast bezkrytycznie wzmacniać hasło „społeczności lokalnej”, powinniśmy raczej pytać o jakość tej aktywności – o to, czy rzeczywiście przekłada się ona na świadome, odpowiedzialne uczestnictwo obywateli w życiu publicznym.


OLA: To prowadzi do szerszego pytania o granice dyskusji o pieniądzach publicznych. Co dziś powstrzymuje środowiska aktywistyczne przed pełną otwartością? Czy jest to obawa przed siecią zależności i powiązań? Jak Twoim zdaniem wygląda obecnie gotowość do tego, by mówić wprost o finansach publicznych, o ich przepływach, zasadach wydatkowania i faktycznym stosowaniu prawa?


ALINA: Nie zgadzam się z bezkrytycznym idealizowaniem sektora NGO-sów i sprowadzaniem społeczeństwa obywatelskiego do “bycia w jakiejś organizacji”. Dziś to pojęcie jest często upraszczane i sprowadzane do liczby organizacji czy projektów, podczas gdy w rzeczywistości nie to decyduje o sile demokracji. Kluczowym problemem jest dla mnie system edukacji, bo to tam zaczyna się nasze rozumienie państwa i władzy. Szkoła jest pierwszym miejscem kontaktu z państwem i publiczną władzą – i jednocześnie miejscem, w którym uczymy się określonych postaw: albo obywatelskich, albo konformistycznych. Środowiska polityczne, jak Prawo i Sprawiedliwość, czy konkretne osoby, jak minister Przemysław Czarnek bardzo trafnie rozpoznały, że szkoła jest przestrzenią kształtowania się społeczeństwa i że to tam rozgrywa się proces formowania obywateli. Natomiast zupełnie inną kwestią jest to, jak ta diagnoza jest później realizowana i jakie skutki przynosi. Zbyt często funkcjonujemy w modelu, w którym uczniowie uczą się braku wpływu, a nie sprawczości. Nawet tam, gdzie prawo formalnie daje określone uprawnienia – np. dostęp do informacji publicznej czy możliwość kształtowania życia szkoły – w praktyce bywają one ograniczane albo traktowane jako coś niepożądanego.


Ma to swoje dalsze konsekwencje. Osoby, które kończą taki system edukacji, wchodzą w dorosłość z utrwalonym przekonaniem o hierarchii, bierności i nierówności wpływu. I potem przenosi się to na wszystkie instytucje, także te publiczne: urzędy, sądy, administrację. Widzimy to choćby w sposobie, w jaki interpretowane i stosowane jest prawo – często niekonsekwentnie, z dużą dozą uznaniowości wobec osób zajmujących stanowiska publiczne. W praktyce prowadzi to do sytuacji, w których mechanizmy kontroli formalnie istnieją, ale ich egzekwowanie bywa nierówne. Dlatego uważam, że rzeczywista zmiana społeczna nie polega ani na wzroście liczby organizacji, ani na powtarzaniu haseł o aktywizacji. Polega na budowaniu świadomości i praktyki obywatelskiej, rozumianej jako konkretna wiedza o prawach i stosowanie jej w praktyce. I to jest dla mnie najważniejsze: pokazanie, że wpływ obywatelski nie jest czymś symbolicznym, ale może być faktycznym narzędziem zmiany.


OLA: Zgadzam się też z tym, że środowiska takie jak PiS bardzo trafnie rozpoznały potrzebę kształtowania postaw społecznych już na poziomie szkoły, natomiast realizują ją do instrumentalnych celów, w pewnym sensie warunkując sposób funkcjonowania obywateli. W tym kontekście rozmowa o jawności – w tym o jawności stawek, również w kulturze – wchodzi na jeszcze głębszy poziom. Nie chodzi już tylko o obawę przed ujawnianiem informacji czy lęk przed konsekwencjami, ale o to, że wielu ludzi po prostu nie ma świadomości, że taka sprawczość i prawo do kontroli w ogóle im przysługuje. W kampanii #ZnamyStawki dużo mówimy o jawności wynagrodzeń i transparentności w kulturze pracy. I właśnie w tym kontekście chciałabym zapytać o kwestie stawek. Na ile brak jawności w obszarze wynagrodzeń w kulturze wynika Twoim zdaniem z systemowych przyzwyczajeń i braku świadomości, a na ile z celowego utrzymywania tej nieprzejrzystości?


ALINA: Tak, jawność wynagrodzeń – także w kulturze – ma dla mnie bardzo bezpośredni związek z przeciwdziałaniem mobbingowi. W Polsce wciąż zbyt wąsko rozumiemy samo pojęcie przeciwdziałania mobbingowi, sprowadzając je do reagowania dopiero wtedy, gdy problem już wystąpi i powołuje się komisje czy procedury. Tymczasem przeciwdziałanie powinno oznaczać przede wszystkim tworzenie takiej kultury organizacyjnej, w której mobbing w ogóle nie ma warunków, by powstać. Jednym z kluczowych elementów takiej kultury jest właśnie transparentność wynagrodzeń. Brak jawności sprzyja budowaniu nieformalnych zależności oraz arbitralnemu przyznawaniu dodatków czy nagród, co w praktyce często prowadzi do patologicznych relacji w miejscu pracy. Widać to szczególnie wyraźnie w sektorze edukacji, gdzie mechanizmy te bywają bardzo silne. W przypadku szkół jawność – rozumiana jako dostęp do informacji o wynagrodzeniach, dodatkach czy nagrodach – ujawnia rzeczywiste nierówności i pokazuje, w jaki sposób kształtowane są relacje władzy w instytucji. Tam, gdzie brakuje przejrzystości, łatwiej o arbitralność i nierówne traktowanie, a w konsekwencji także o napięcia i przemoc w miejscu pracy. Transparentność nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale jest warunkiem koniecznym, by w ogóle móc mówić o zdrowym środowisku pracy.


Podobne mechanizmy widać również w kulturze. W debacie publicznej często powraca narracja o niedofinansowaniu sektora, jednak znacznie rzadziej mówi się o dystrybucji środków i rzeczywistych nierównościach wewnątrz instytucji. Bez ujawnienia tych mechanizmów łatwo utrwala się uproszczony obraz, w którym problemem jest wyłącznie brak pieniędzy, a nie sposób ich podziału. Dlatego uważam, że potrzebujemy większej jawności także w instytucjach kultury – nie po to, by tworzyć konflikty, ale po to, by móc realnie rozmawiać o strukturach wynagrodzeń i odpowiedzialności w systemie publicznym.


OLA: A czy kultura jest dziś gotowa na jawność wynagrodzeń? Pytam także w kontekście naszej kampanii #ZnamyStawki.


ALINA: Ta zmiana ma szansę się wydarzyć, ponieważ coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że jawność w gruncie rzeczy służy większości – choć oczywiście nie tym, którzy znajdują się na samym szczycie hierarchii. W środowisku artystycznym sama idea jawności nie jest zresztą nowa, choć często dotyczy innych obszarów niż finanse. Pamiętam choćby dyskusje wokół ujawniania koncepcji programowych składanych w konkursach. Początkowo pojawiał się silny opór – argumentowano, że narusza to prawa autorskie i może prowadzić do „kradzieży” pomysłów. Tymczasem trzeba jasno rozróżnić dwie rzeczy: ochronę praw autorskich i tajność dokumentów. Coś może być chronione, ale nie jest tajne.


Jawność takich koncepcji ma bardzo praktyczny wymiar. Pozwala na społeczną i środowiskową kontrolę – umożliwia weryfikację, czy np. programy działania instytucji, składane przez kandydujące osoby, są czystą fantastyką, czy rzeczywiście twórcy i twórczynie wskazane w tych programach wiedzą, że ich nazwiska mają pomóc komuś wygrać konkurs - a bywało, że w tych programach wpisywano współprace z artystami bez wiedzy samych zainteresowanych , oraz czy konkursy są prowadzone rzetelnie. Jawność w tym zakresie podnosi jakość całego procesu – zwiększa odpowiedzialność kandydatów i pozwala środowisku reagować na nieprawidłowości w czasie rzeczywistym. Ujawnienie koncepcji pozwalało środowisku szybciej dostrzec problemy i reagować. W momencie, gdy konkursy są naprawdę transparentne, rośnie poczucie odpowiedzialności – zarówno po stronie kandydatów, jak i instytucji.


W obecnej sytuacji często reagować można dopiero po fakcie. Potrzebujemy bardziej proaktywnego podejścia państwa do transparentności. Bez tego wciąż będzie zarządzanie kryzysami, a nie tworzenie sprawnego państwa.


OLA: Jakie metody edukacyjne uważasz za najbardziej skuteczne? W jaki sposób, już na etapie szkoły, można kształtować młodych ludzi, aby wpływać na zmianę postaw i świadomości obywatelskiej?


ALINA: Wobec tego pytania jestem w pewnym sensie bezsilna, bo zmiana musiałaby dotyczyć całego systemu edukacji, a nie, jak często się proponuje, wprowadzenia kolejnego przedmiotu lub zrobienia kolejnych scenariuszy lekcji. Takie rozwiązania, promowane również przez część organizacji edukacyjnych, nie dotykają istoty problemu. W polskiej szkole dochodzi dziś do pewnej formy „obywatelskiej schizofrenii” – uczymy się o prawach dziecka czy konstytucji, a jednocześnie w praktyce te prawa często nie są respektowane. To prowadzi do utrwalania braku zaufania do państwa i przekonania, że prawo jest czymś deklaratywnym, a nie rzeczywiście obowiązującym. Reforma edukacji powinna zacząć się od samej szkoły – od tego, by była ona instytucją rzeczywiście praworządną i przejrzystą.


Tymczasem w praktyce obserwujemy liczne nieprawidłowości: od niejasnych decyzji administracyjnych po problemy z rozliczaniem wydatków czy funkcjonowaniem nadzoru. W wielu przypadkach brakuje prawdziwej i skutecznej kontroli instytucjonalnej. Zdarza się, że kontrole kuratoryjne opierają się na wyjaśnieniach dyrekcji bez żadnej weryfikacji stanu faktycznego przez wizytatorkę.. To powoduje, że kontrola bywa pozorna, a odpowiedzialności - nie ma. Tak uczymy się, że władza może wszystko, a odpowiedzialność to jest coś, co ponoszą tylko ci niżej w hierarchii. Co istotne, ciężar reagowania na łamanie prawa często przenosi się na obywateli, aktywistów, działaczki społeczne. Społeczeństwo obywatelskie zaczyna zastępować instytucje państwowe, zamiast je jedynie wspierać i kontrolować. A przecież idea społeczeństwa obywatelskiego – także ta zapisana w konstytucji – zakłada sprawne działanie instytucji publicznych, a nie ich wyręczanie przez aktywistki pro bono.


OLA: I w tym miejscu zderzamy się z dość powszechnym przekonaniem, że szkoła wcale nie jest instytucją dla uczniów, a uniwersytet – dla studentów. A przecież to właśnie te grupy są ich fundamentem, bez uczniów i studentów nie byłoby ani nauczycieli, ani całej kadry akademickiej. Czy Twoim zdaniem to odwrócenie perspektywy wciąż wpływa na sposób funkcjonowania tych instytucji?


ALINA: Tak, to jest już szerszy wątek – narracja kapitalistyczna, w której wszystko musi się opłacać. W takim myśleniu uniwersytet staje się przede wszystkim instytucją, która ma generować zysk, a nie dbać o rozwój nauki, o dobro,poszanowanie praw i godności osób uczących się. Kategorie takie jak sprawiedliwość społeczna czy dobro wspólne przestają mieć znaczenie. W efekcie podejmowane są decyzje podporządkowane logice finansowej – na przykład rezygnuje się ze stołówek czy domów studenckich z przystępnymi cenami, traktując je jako nieopłacalne. To są mechanizmy, na które jako społeczeństwo w pewnym sensie się godzimy, bo sami zostaliśmy ukształtowani przez system edukacji, w którym dobro instytucji często stawiano ponad dobrem uczniów czy studentów.


Z tego wynika też bardzo niebezpieczna postawa: milczenie wobec przemocy w obronie „dobra instytucji”. Są szkoły, w których nie wolno mówić o przypadkach nadużyć czy molestowania, żeby nie naruszyć jej “wizerunku”. To niestety nie są abstrakcyjne sytuacje – mówię o konkretnych sytuacjach w Lublinie, Białymstoku, Marszewie, Oświęcimiu. . Osoby, które próbują reagować, bardzo często spotykają się z ostracyzmem. Zdarzało się, że nauczyciele czy pracownicy, którzy ujawniali niewłaściwe zachowania, byli zaszczuwani przez własne środowisko, właśnie w imię ochrony “reputacji” szkoły czy instytucji. W takich sytuacjach większość kadry potrafi stanąć po stronie systemu, a nie osoby, która zgłasza problem.


To pokazuje, że w praktyce uczymy się w instytucjach nie tylko wiedzy, ale też określonych postaw – często hipokryzji i podporządkowania, w których silniejszy i instytucja są chronieni kosztem praw jednostki. Dlatego tak ważne jest, by mówić o prawach człowieka nie jako o czymś odległym, dotyczącym innych krajów, ale również w kontekście własnego systemu edukacji i własnych instytucji. Idealizm nie jest czymś naiwnym. Stanowił fundament zarówno współpracy międzynarodowej po doświadczeniach II wojny światowej, jak i podstawowych dokumentów praw człowieka. Bez niego nie byłoby zmiany.


OLA: Chciałam Cię przy okazji tego tematu zapytać o przesłanie dla młodych ludzi – dla osób, które dopiero budują swoją świadomość i są otwarte na to, by zauważać, że w systemie coś może być nie tak. Jakie słowa chciałabyś do nich skierować?


ALINA: Ja sama chciałabym powiedzieć coś, co być może powinnam była usłyszeć wcześniej: prawo to nie są jedynie przepisy. To wartości, tyle że zapisane w ustawach, artykułach i paragrafach. Współczesny system prawny, oparty na prawach człowieka, jest skonstruowany właśnie po to, żeby chronić te wartości i godność ludzką. Kiedy pojawia się poczucie niesprawiedliwości, to, z mojego doświadczenia, w ogromnej większości przypadków wiąże się ono z naruszeniem godności człowieka i jakiegoś konkretnego przepisu. A wokół ochrony godności zbudowana jest zarówno Konstytucja, jak i cały system prawa w Polsce. Dlatego bardzo często w sytuacji, która budzi poczucie niesprawiedliwości – na przykład w szkole – jestem w stanie znaleźć konkretny przepis, który został naruszony. Problem polega na tym, że w polskiej edukacji prawo bardzo często przedstawiane jest wyłącznie jako sądy, policja i system kar, a służy do wsadzania ludzi “za kratki”. Czy to buduje poczucie zaufania do państwa?


Zdecydowanie rzadziej mówi się o tym, że prawo przede wszystkim chroni osoby słabsze przed przemocą władzy i hierarchii. I tego właśnie prawa – rozumianego jako narzędzie ochrony godności – uczy się w Polsce zdecydowanie za mało. Co ważne, to prawo chroni także tych nauczycieli, którzy często są sfrustrowani systemem – tylko że oni też skończyli polską szkołę, w której uczyli się bezradności i podporządkowania. Natomiast ta frustracja nie może być przenoszona na osoby słabsze, uczniów czy studentki. Powinna być kierowana narzędziami obywatelskiego wpływu (a nie narzekaniem) w stronę władzy, a nie w dół hierarchii. Dlatego chciałabym powiedzieć młodym ludziom, że ich wrażliwość i poczucie, że coś jest nie tak, nie są “naiwnym idealizmem”, lecz punktem wyjścia do zmiany. Trzeba mówić o naruszeniach praw człowieka nie tylko w odległych, abstrakcyjnych kontekstach, ale również tutaj – w polskiej szkole i w polskich instytucjach.


Jeżeli mogę jeszcze wrócić do wcześniejszego wątku, to chciałabym dopowiedzieć jedną rzecz. Mam wrażenie, że wciąż nie rozumiemy, i tu mówię także o własnej, obywatelskiej bańce, że środki z 1,5% podatku to środki publiczne. Na papierze wszystko wygląda poprawnie, ale w rzeczywistości zdarza się, że te pieniądze funkcjonują po prostu jako przepływy „z kieszeni do kieszeni”. I o tym powinniśmy zacząć otwarcie mówić – bo nie wszystkie organizacje pozarządowe działają w sposób transparentny i wzorcowy. I wydatki organizacji ze środków 1,5% należy zacząć kontrolować tak samo, jak inne środki publiczne. Bo składanie sprawozdań to za mało.


OLA: Zgadzam się z Tobą i bardzo, bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Myślę, że to może być też ciekawy kierunek dalszej rozmowy – szczególnie w kontekście kultury pracy i szerszej dyskusji o przejrzystości oraz stawkach w sektorze.



Alina Czyżewska

Alina Czyżewska - specjalistka w zakresie społecznej kontroli władzy. Interweniuje w sytuacjach nadużywania władzy przez osoby pełniące funkcje publiczne. Ujawnia nieprawidłowości i nadużycia, wspiera ujawnianie i zwalczanie przemocy w instytucjach. Edukuje, jak korzystać z prawa, jak się nie bać i jak reagować w sytuacjach naruszeń naszych praw i wolności, wcielając w życie art. 4 Konstytucji: władza w RP należy do narodu. Najwięcej na temat bieżących działań znajdziecie na jej profilu facebookowym .

Aleksandra Łapot

Aleksandra Łapot - (ur. w 2000 r. w Częstochowie) poetka, prawniczka. Zajmuje się badaniem wpływu sztucznej inteligencji na kształtowanie się prawa autorskiego w Polsce.